Opowiadania z Chin, Epizod 2

Formoza górą i dołem

Opuściłem pokład i postawiłem nogę na nowym lądzie, w porcie Keelung (Jilong). Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Po przejściu kontroli pożegnałem się ze znajomymi i zacząłem rozkminiać jak dostać się do kolejnego gospodarza. Moja komórka, jak się okazało, jest przeznaczona dla obywatela ChRL (czyli takiego, który nie wyjeżdża za granicę), więc musiałem się chwilowo obyć bez. Na miejscu, z pomocą osiedlowego strażnika wykonałem telefon i skierowałem sie pod odpowiedni blok. Po chwili wyszła po mnie Rubi – Hondurianka. Jak się okazało kończy właśnie studia na wydziale projektowania w Tajpej. Wraz z trzema przyjaciółkami wynajmuje duże mieszkanie w Keelung. Mieszkają tam w weekendy i kiedy mają wolne od zajęć. Trafiłem szczęśliwie na ferie zimowe… Rozmawiając, zjedliśmy wspólnie przygotowany obiad. W czasie mojej wizyty Rubi pracowała nad swoją pracą licencjacką – projektem książeczek dla dzieci (kształt butów z różnych kultur, wewnątrz zaś opowieści zaczerpnięte z owych kultur), a ponieważ potrzebne są ilustracje, bez wahania zaproponowałem swoją pomoc. Po dyskusji z autorem projektu, zacząłem pierwsze szkice jeszcze tego samego dnia. Wieczorem, po skończonej pracy wsiedliśmy na skuter i pojechaliśmy do centrum, aby przejść się po słynnym nocnym markecie Keelung i spróbować różnorakich wspaniałości kulinarnych (z których cały Tajwan jest słynny).

2 lutego pojawił się chłopak Rubi – Jordan. Bardzo integligentny młody człowiek, który spędził w Korei 2 lata na misji i nauczył się płynnie języka (misjonarze uczą się najszybciej). Teraz w “normalny” sposób zaczyna się uczyć chińskiego. Z rozmowy wywnioskowałem, że Jordan musi być z jakiegoś chrześcijańskiego kościoła. Po południu, ponieważ potrzebowałem czegoś z miasta (a mieszkanie jest nieco oddalone od centrum), Rubi zaproponowała, żebym pożyczył jej skuter. No więc, czemu nie…? To jak rower, tylko ma gaz i kierunkowskazy. Zeszliśmy na podziemny parking i otrzymałem bardzo krótki instruktaż. Następnie zrobiłem dwa kółka i zdobywszy w ten sposób prawo jazdy pożegnałem się z towarzyszami, którzy zapewnili mnie o modlitwie. Pierw pojechałem na wschód wzdłuż wybrzeża, żeby oswoić się z maszyną i przecinając czasoprzestrzeń podziwiałem wzburzone morze w okołodeszczowej aurze. Kiedy stwierdziłem, że dojechałem wystarczająco daleko zawróciłem i dotarłem do centrum. Zaparkowałem, odnalazłem co chciałem i zjadłszy po drodze coś lokalnego, wróciłem. Następnie kontynuowałem pracę nad ilustracjami. Było mnóstwo czasu na rozmowy. Wieczorem wróciły dwie współlokatorki – Melisa i Lily. Odkryłem w końcu skąd u nich taka otwartość i pozytywne nastawienie, otóż wszyscy są z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (czyli Mormoni). Dowiedziawsy się, że idą do “świątyni” w niedzielę zapytałem czy mogę z nimi. No naturalnie.

Następnie w niedzielny poranek dwoma skuterami zajechaliśmy na miejski parking. Nie wspomniałem wcześniej jak suterowy jest Tajwan. Wydaje się jakby każdy obywatel posiadał jeden. Na każdych światłach, na każdym poboczu… Niektórzy kierowcy mają naprawdę rozciągnięty nadgarstek (skuterowy odpowiednik do “ciężkiej nogi”), a zmianie świateł na skrzyżowaniu zawsze towarzyszy brzęk wielu silniczków.
Przesiedliśmy się w autobus do Taipei, gdzie dopiero zrozumiałem co to jest odgłos silniczków. Każde skrzyżowanie to jak linia startowa gry Mario Kart’s, jak jednoczesne poruszenie roju szerszeni.
Po krótkim przyjemnym spacerze w słonecznym Taipei moim oczom ukazała się świątynia. Jak to zwykle bywa w przypadku przybytków mormońskich, nowoczesna, dziwaczna, strzelista architektura (jak ktoś ciekawy niech wygoogluje). Zastanawiam się czy to dla bajeru, czy John Smith otrzymał również i w tej kwestii jakieś wytyczne. Uczestnikami byli w większości amerykanie. Zasiedliśmy w obszernej ławie i po chwili zaczęła się celebracja. Biskup X (pan w garniturze, którgo imienia nie pamiętam) podał plan spotkania. Rozpoczęło się od psalmu, później były świadectwa – od poważnych (od rozklejających się zwykle w połowie kobiet, przez stanowczych i poważnych mężczyzn, do tych najprostszych – dziecięcych – mówionych zarówno na wydechu jak i na wdechu). Najważniejsze było ostatnie zdanie – “wierzę że to jest jedyny i właściwy kościół, (…) chwała Panu”. Później znów jakiś psalm, a potem pamiątka ostatniej wieczerzy, pierw chlebek, później woda w malutkich kubeczkach. Podawane na tacy z rąk do rąk, samoobsługowo. Przed rozesłaniem tac odpowiedzialni (dwaj wspaniali młodzieńcy) odmówili błogosławieństwo. X powiedział jeszcze parę słów, podziękował za przybycie, podał plan na popołudnie i zakończył celebrację. Po chwili podeszli do mnie sąsiedzi lub też inni zwyczajnie zainteresowani, aby się zapoznać, wymienić kilka słów. Wydaje mi się, że z powodu braku garnituru lub przynajmniej koszuli z krawatem, od razu rozpoznano we mnie niewierzącego. Po chwili odszukano George’a który był na misji w Polsce, ale chyba to było dawno temu, bo nawet nie próbował. Tak czy siak miło się ze wszystkimi konwersowało i skierowaliśmy się do części użytkowej kompleksu świątynnego, gdzie rozpoczęła się szkółka niedzielna. Trafiłem do małej klasy z moimi znajomymi. Wypadło na Ef 6, 10-18 czyli zbroję bożą. Prowadzący (małżeństwo) podzielili nas na 2 osobowe zespoły i każdy z własnym fragmentem knstruował z folii aluminiowej odpowiednią część uzbrojenia, starając się wytłumaczyć jej zastosowanie. Szkoda, że u nas nie było i chyba nie ma wiele takich lekcji religii – dzieci by pamiętały i znały trochę więcej PŚ. Pas prawdy prypadł mnie wraz z prowadzącym, który to miał jeszcze za zadanie przyowdziewać się stopniowo we wszystkie elementy. Proste, radosne, skuteczne. Po zajęciach, na krótkim spotkaniu mężczyzn miałem okazję się przedstawić i opowiedzieć kilka słów o swojej podróży. Później jeden mnie zagadnął, że spełniam jego młodzieńcze marzenia. Następnie, w czasie zajęć studyjnych z ksiąg mormońskich opuściłem świątynię, żeby sprawić sobie kartę SIM. Okazało się jednak, że aparat z kontynentu jest przygotowany i nie przyjmuje obcych kart. Po półtorej godziny wróciłem i dowiedziałem się o zaproszeniu na świętowanie niedzieli do domu moich prowadzących od zbroi. Wsiedliśmy w duży amerykański samochód Georga (który zaoferował podwózkę, bo mieszka z rodziną po sąsiedzku) i skierowaliśmy się na północ Taipei, do jednego z położonych na wzgórzach Yangming osiedla willowego (zamisziwanego głównie rodziny pracowników placówek dyplomatycznych). Bardzo ładnie i spokojnie, amerykański styl. Przybyło już sporo innych zaproszonych, starsi zajęli się rozmowami, młodsi zabawami, gospodyni z kilkoma niewiastami krzątały się w kuchni. Po jakichś dwóch nieodczuwalnych godzinach kolacja została podana, modlitwa odmówiona i woda rozlana (mormoni nie piją kawy, ani herbaty, nie mówiąc juz o alkoholu, ani czymkolwiek co uzależnia). Lasagne, sałatka warzywna i kurczaczek były bardzo smaczne. Później bawiliśmy się z Jeffreyem i Reidem (obaj po ok 12 lat) w ganianego na dachu. O 20 pożegnaliśmy gospodarzy. W autobusie powrotnym rozmawiałem długo z Lily i dowiedziałem się więcej o instytucji małżeństwa u Mormonów. Wróciliśmy do Keelong i przed spaniem obejrzeliśmy jeszcze we czwórkę film.

W poniedziałek rano pojechałem skuterem do najbliższego 7eleven żeby wyciągnąć trochę pieniędzy i kupić banany do naleśników. Nie wspomniałem, że 7eleven to wyjątkowe zjawisko na Tajwanie. Sieć sklepów typu “Żabka”, można tam jednak dużo więcej – od śniadań, kaw i posiłków, po przekąski, alkohol i arykuły codziennego użytku, bankomat, telefon i jeszcze parę innych rzeczy… Po naleśnikach dokończyłem rysunki dla Rubi i się ze wszystkimi pożegnałem. Lily podrzuciła mnie skuterem do miasta. Ruszyłem do Taibei, następnie metrem na północ do stacji Beitou skąd busikiem w góry do wioski Zhuzihu. Kawał drogi… ale za to piękne widoki, kwitnące wiśnie i czyste powietrze.
Odnalazłem stary, tradycyjny budynek typu sanheyuan (jednopiętrowy, z otoczonym z trzech stron podwórzem), a w nim Zoe, bardzo ładną, mocno opaloną tajwankę w “cygańskim” ubraniu. Szybko zdałem sobie sprawę, że to wyjątkowa dziewczyna – choć porzuciła liceum i nie robiła studiów, ciężko byłoby podejrzewać ją o brak wyższego wyksztacenia. Wszystko to przez inną szkołę – spędziła wiele lat w podróży, a mając artystyczne inklinacje wkręciła się i zarządzała kilkoma galeriami w Australii. Później zostawiła tę działkę na rzecz włóczęgi z cyganami, koczowania pod Taipei 101 itp. Po latach za granicą w końcu powróciła na Tajwan, który zapragnęła na nowo poznać. Do hipisowskiego stylu życia jak ulał dopasował się stary dom w górach, w którym dawniej mieszkał jej wujek Agu (obecnie kilka działek wyżej). Wraz ze znajomymi (głównie z ruchu Occupy Taipei) postanowiła przekształcić tę ruinę w swojego rodzaju artystyczno-agrykulturalną wspólnotę. Trochę ekologicznego permakulturowego rolnictwa, przestrzeń dla artystów, miejsce przyjazne dla backpackerów. Remont chaty (przy istniejącej generalnej koncepcji i kierunku) odbywa się zwykle na zasadzie spontanicznego “zróbmy coś!” z użyciem materiałów przetworzonych lub pochodzących ze zbieractwa. Całość przy nieopisanej ilości tytoniu i czasem trosze alkoholu. Przez większość czasu na miejscu jest tylko Zoe i ewentualnie jakiś couchsurfer. Na weekendy przyjeżdżają pozostali i działają.
Gospodyni oprowadziła mnie szybko, później czas mijał coraz spokojniej, najpierw przy prostym posiłku (duża część menu to zerwane w okolicy jadalne rośliny), rozmowach i grze na drumli i innych instrumentach. Ponieważ w domu nie ma ciepłej wody (na razie – w planach jest już system grzewczy własnej budowy), wieczorem udaliśmy się do lokalnej łaźni termalnej (wujek jako rodowity mieszkaniec posiada klucze). Jako, że wioska położona jest na zboczach wulkanu, a obok jest krater z którego nieustannie się dymi, nie mogłoby tu zbraknąć gorących źródeł. Po powrocie przynieśliśmy do domu dwa bujane wiklinowe fotele, które ktoś wystawił jako śmieci. Pobujaliśmy się trochę pod rozgwieżdżonym niebem przy akompaniamencie drumli, a później (wciąż niezwykle odprężony po kąpieli) miło zasnałęm.

Wstałem wcześnie i przygtowałem śniadanie – gęstą zupkę ryżową (z całymi zairnami, jak owsianka) z imbirem i cynamonem oraz liście rzepy z jajkiem. Po południu Zoe oprowadziła mnie po wsi, zobaczyłem dokadniej krater, wysłuchałem sporo opowiadań, najciekawsze były naturalnie informacje o sobie. Reszta dnia upłynęła na rozmaitych zajęciach, których już nie pamiętam. Od tamtego czasu tempo wszystkiego znacznie zwolniło, kolejne dni zaczęły się zacierać, tym bardziej że pogoda w Zhuzihu, w odróżnieniu od znajdującego się poniżej Tajpej, bardzo często jest deszczowa i mglista. Planowałem zostać około tygodnia – zająć się malowaniem, poznać więcej tajwańskich hipisów.
Wieczorem Zoe zjechała do miasta i zostałem sam. Następnego dnia przybyła Erika, dobra znajoma Zoe. Przywiozła wspaniałe zbożowe cisteczka. Choć nie została długo, to nie był ostatni raz kiedy się widzieliśmy. Tego dnia również i ja zjechałem do miasta po kilka rzeczy,  całkiem przypadkiem trafiłem w drodze powrotnej na kościół katolicki.

Następnego dnia po oporządzeniu, odnalezieniu odpowiedich przyborów i powierzchni twórczej zabrałem się do malowania. Powierzchnię twórczą  stanowiły odpowiednio – opiłowany kawał blatu, osłona bojlera oraz tyły drzwi do szafek. Posłużyły do stworzenia 3 obrazów i 1 obrazo-instalacji (które można odnaleźć w załączniku).

Powoli i mdle nadszedł 9 luty, czyli wigilia nowego roku. Podobnie jak u nas jest to dzień świąteczny i wieczorem cała rodzina spożywa  wspólnie posiłek. Jako że Zoe nie planowała widzieć się ze swoją mamą i babcią, wujek przyjął nas pod swój dach. Aby nie przyjść z pustymi rękami stworzyliśmy artystyczną instalację z kaligrafią po lewej i prawej stronie. O 16 Agu przyjechał po nas autem. Do towarzystwa dołączyła właśnie przybyła couchsurferka z USA – Leah. U wujoostwa zobaczyliśmy noworoczny zwyczaj czczenia przodków (potrawy przed spożyciem leżą na stole przed ołtarzykiem, głowa domu pali kadzidełka i się kłania recytując po cichu jakieś formułki), a następnie zasiedliśmy do wieczerzy. Wśród specjałów których mnogość uniemożliwiła zapamiętanie znalazły się przewyborne ziołowe nalewki wuja (z różnych magicznych roślin które z narażeniem życia zrywa się tylko w określonych porach nocy na dzikich górkich stokach). Czułem się jak człowiek od naszego tradycyjnego wigilijnego pustego nakrycia. Cenne doświadczenie. Po naprawdę długiej wieczerzy, spędziliśmy jeszcze dużo czasu w salonie pijąc herbatę i śpiewając karaoke (większość tajwańczyków ma domowy system karaoke).

Następnie w niedzielny poranek 10 lutego udałem się na pobliski przystanek i zjechałem do miasta. Było ciepło, rześko i przejrzyście. Na stacji metra oczekując pociągu skrzyżowałem spojrzenie ze stojącym obok staruszkiem. Niemal odruchowo życzyliśmy sobie pomyślności w Nowym Roku (był to jego pierwszy dzień). Następnie rozgadaliśmy się nieco (na ile to jest możliwe w ciągu kilkunastu minut). Staruszek okazał się nauczycielem, badaczem chińskich klasycznych ksiąg filozoficznych. Już w pociągu podarował mi zakładkę – niewielki noworoczny upominek. Kiedy okazało się że obchodzę dziś urodziny i równocześnie rozpoczyna się mój rok (Węża), uznał to za tak nadprzyrodzone zrządzenie losu (zarówno pod względem zestawienia dat jak i naszego spotkania), że wręczył mi jeszcze drugą kopertę. Po chwili wysiadłem i żegnając się życzliwie skierowałem się do kościoła. Co ciekawe nie poczułem się jak Polak w świątyni na Tajwanie, tylko jak katolik, członek tej wspólnoty, niemal namacalnie. Bardzo radosne odczucie. Ostatnią częścią mszy był obrząd ku czci przodków (zaadaptowana chińska tradycja noworoczna). Później zostałem jeszcze chwilę w salce parafialnej, gdzie złożyliśmy księżom i sobie noworoczne życzenia. Zaznajomiłem się z kilkoma osobami, dowiedziałem się, że spotkania młodzieży chwilowo nie mają miejsca, zostawiłem namiary i zostałem zaproszony na wspólne grillowanie na wtorek.
Następnie w programie niedzieli było spotkanie z Fulan – moją uroczą tajwańską nauczycielką z UW. W drodze do umówionego miejsca otwarłem z ciekawości kopertę spodziewając się większej zakładki. Ku mojemu zaskoczeniu w środku znalazłem pieniądze (chiński noworoczny zwyczaj, praktykowany w rodzinie lub w gronie najbliższych przyjaciół). Wciąż będąc pod wrażeniem kolei zdarzeń tego dnia doczekałem się Fulan. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że po studiach uda mi się jeszcze z nią spotkać. Tym większa radość ! Z racji niewielkej różnicy wieku i zaistniałej sytuacji nie tytułowałem jej już per “nauczycielko”, choć wciąż pracuje w zawodzie, obecnie na National Taiwan University. Godne podziwu jest w jakim stopniu wciąż pamięta polski. Przecięliśmy pieszo kilka ulic Taipei, następnie zjedliśmy sushi rozprawiając o tym i owym. Później kontynuowaliśmy spacer w poszukiwaniu przystanku autobusu linii 5, bo nadeszła chwila żeby zobaczyć “starych” znajomych. Niespodziewanie w przejeżdżającej obok taksówce dostrzegłem Lily, a po chwili w ciasnym autobusie oprócz Rubi i Jordana kilka innych znajomych twarzy. W czasie jazdy tłumaczyłem Fulan różne gramatyczne zagadnienia języka polskiego, z którymi sobie do tej pory nie poradziła.
Miło było znów zobaczyć uśmiechnięte mormońskie twarze! Najpierw zasiedliśmy z młodymi i rozegraliśmy kilka partii Mahjonga. Ponieważ była to poniekąd impreza urodzinowa, zaoferowałem zrobienie naleśników ze szpinakiem. Jak przystało na amerykański dom, na wyposażeniu były wszystkie niezbędne utensylia i składniki. Pierw natrzaskałem okrąglutkich naleśniczków tak, że w pewnym momencie od przewracania ich w ręce została mi tylko rączka (było to jednak radosne wydarzenie, bo w Chinach jest specjalne powiedzenie jak coś się potłucze w dzień nowego roku). Gospodyni się jeszcze bardziej ucieszyła, bo patelnia była stara i nareszcie pojawił się dobry powód żeby kupić nową… Następnie zająłem się sosem szpinakowym – szpinak i mnóóóstwo sera. Szkoda, że nie było zwykłej śmietany, bo pod koniec sos nie pozostał jednolity, a podzielił się, mając ścianę z wód po prawej i lewej stronie. Fulan przyglądała się, pomagała i uczyła (wrodzona ciekawość i chęć nauki, szczególnie do polskich specjałów kulinarnych). Zrobiła nawet własnego naleśniczka w kształcie serca. Obok powstawały noworoczne pierożki. To również tradycja, że w nowy rok wspólnie się je lepi.
Nadszedł czas. Wszyscy zgromadzili się wokół stołu, gospodarz odmówił modlitwę i pyszności zaczęły topnieć. Naleśniki, pierożki z różnych ciast i z różnymi nadzieniami oraz inne przekąski. Czas mijał i Fulan powiedziała, że musi sie zbierać na pociąg. Zaczęła się już żegnać z głową rodziny, ale gospodyni jej zabroniła, poczym przyniosła tort. Amerykański tort urodzinowy musi być z lodami, więc pojawiły się i one, w wielkiej różnorodności. Pycha! Po odejściu pani nauczyciel, czas upłynął na rozmowach, radosnych wygłupach, graniu na instrumentach. Około 20 pożegnaliśmy się z gospodarzami i zjechaliśmy do stacji metra. Tu też wymieniliśmy uściski i każdy ruszył w swoją stronę. Był tylko bus do połowy góry, resztę pokonałem pieszo, bo nie chciałem czekać ponad godzinę na ostatni kurs.

We wtorek przyłączyłem się do spotkania młodych w kościele. Było wspólne gotowanie, film, rozmowy – szeroko pojęta integracja. Po skończonym spotkaniu przenieśliśmy się w inne miejsce i grając w Carcassone i mahjonga kontynuowaliśmy rozmowy. Okazało się, że większość kompanów była w Polsce (w drodze powrotnej z dnia młodych), więc nie brakowało nam tematów.
Wieczorem z objazdu wyspy wrócił Stanimir Nieprzeciętny, Bługar, o którym usłyszałem wcześniej kilka wzmianek. Otóż, Stanimir podróżuje po Azji od 1,5 roku. Będąc złotą rączką, multiwszechstronnym samoukiem, miłośnikiem wynalazków i swego rodzaju ekologiczno-społecznym ekscentrykiem, przyjął odpowiednio niekonwencjonalny sposób podróżowania. Po przyjeździe na Tajwan 3 miesiące wcześniej, skonstruował (z pomocą znajomego mechanika) ze znalezionych i zakupionych części rower typu reconvent (ten na którym się prawie leży) i objechał kraj dookoła. W niezniszczalnych sandałach z opon (wygodne i mają naprawdę wypasiony bieżnik), z własnoręcznej produkcji nunczaku w ręku (wytrzymałe, nie powoduje bolesnych kontuzji) opowiedział nam z pasją o swej podróży.

Następnego dnia przybyli inny znajomi hipisi i zaczęliśmy przygotowywać pomieszczenie i materiały pod położenie drewnianej podłogi. Ja zmanufakturowałem proces wyciągania gwoździ z posadzki z odzysku. Po południu przygotowałem obiad “z tego co było”. Trochę pomyślunku i można dokonać niesamowitych rzeczy. Placki rzepowe, róże rodzaje zieleniny w odmiennych garniturach przypraw, paski ziemniaczane w 2 różnych sosach. Po posiłku kontynuowaliśmy pracę – było bardzo radośnie, gwarno, ponadto przybywało coraz więcej znajomych Zoe. Układanie trwało do późnej nocy. Przewidując montaż własnego systemu ogrzewania podłoga została podniesiona na wysokość łydki.
Kolejne dni upłynęły w podobnym klimacie. Praca, planowanie przestrzeni, wspólne proste posiłki, rozmowy o podróżach, różne opowieści wszystkich oryginałów. Stanimir wszystko jadł z sosem chili, który sprezentowali mu policjanci na jednym z posterunków, bo był dla nich zbyt ostry. Kilka razy odwiedziliśmy miejscowe gorące źródła (raz w 9 osób małym samochodem), zjedliśmy obiad u wuja Agu. Jednego dnia zaprosiłem Fulan i ją oprowadziłem po okolicy. Na piątek i sobotę zjechało się jeszcze więcej towarzystwa, bo miały się odbyć warsztaty (temat “kolektywna wiedza”). Wieczorem się zaczęło – Zoe, skręcając i paląc papierosa po papierosie wygłosiła swoją konferencję. Mówiła o wszystkim i o niczym językiem który ciężko było zrozumieć (co przyznało później kilka osób). Atmosfera na wskroś filozoficzna. W pewnym momencie wymieszało się to ze wspomnieniami z podróży, historiami dzikich plemion, uwagami o niesprawiedliwości świata, wyzyskiwaniu przez korporacje, zniewoleniu przez system… ironicznie w zamglonym od papierosowego dymu salonie. Plusem było więcej instrumentów i częsty jamming (czyli niekoniecznie profesjonalne improwizowane pogrywanie).

W niedzielę po mszy, było kolejne spotknaie parafialne. Tym razem żegnano księdza, który zmieniał parafię. Było trochę muzyki, śpiewy, dobre jedzenie. Na zakończenie odśpiewano “Barkę” po chińsku (nigdy się nie zastanawiałem czy ktoś przetłumaczył, a tu proszę). Po spotkaniu graliśmy Carcassonne z dodatkiem “smok” (mieli pełne pudło ze wszystkimi). Wytłumaczyłem znajomym historię “Barki” i dowiedziałem się przy okazji jak postrzegali Jana Pawła II.
Po powrocie towarzystwo wylegiwało się na pełnym słońca podwórzu, był to ostatni dzień. Do wieoczora hipichatka w Zhuzihu opustoszała.

Następnego dnia rano, opuściłem góry i zjechałem do miasta, gdzie w mieszkaniu Leah spędziłem 2 noce. Przede wszystkim zwiedziłem Muzeum Pałacowe, w którym spędziłem większość dnia (przydałby się tydzień). Oprócz tego zapoznałem się z klimatem niewielkich uliczek Taipei, które wypełnione są małymi, świetnie zaprojektowanymi sklepikami, knajpkami i galeriami. Wieczorem w jednym z takich miejsc pijąc herbatę słuchaliśmy gry na guqinie. Miałem ze sobą drumlę, więc się przyłączyłem. Po zamknęciu poszliśmy z nowo poznaną znajomą do innego galerio-antykwariatu, gdzie kontynuowaliśmy rozmowy przy herbacie.
Współlokatorka Leah handluje m.in kawą, więc raczyłem się wyborną gwatemalską. Zrobiłem też omlety (widelcem!) z truskawkami na śniadanie, więc nie byłem darmozjadem.

20 lutego wyruszyłem na południe. Kilka samochodów i późnym popołudniem dotarłem do Hualian. Kanapowy gospodarz musiał awaryjnie wyjechać, więc spędziłem kilka dni w hostelu Amigos. W związku z zapaleniem gardła i – na szczęście – kiepską pogodą, zwiedzałem głównie bliskie okolice, co nie okazało się wcale nudne. Dużo czasu spędziłem w lobby na parterze, sącząc gorącą czekoladę, przeczytałem Hobbita, poznałem kilku backpakerów i pracowników. Wraz z koleżanką z Kantonu odwiedziliśmy Park Narodowy Taroko, następnie wpadliśmy do pracowni znajomego aborygena Pitero, gdzie (po przetestowaniu kilkudziesięciu egzemplarzy) zakupiłem bambusową drumlę. Odkryłem też miejsce z doskonałymi serniczkami (prowadzone przez chrześcijańską rodzinę, więc po uczciwych cenach = niedrogo).

Następnym celem było Dulan. Dostałem się tam 2 stopami, pierw wciśnięty w fotel tuningowanym Golfem (w całej kawalkadzie podobnych), później z dziwaczną parą biznesmenów. Dulan to niewielka miejscowość na północ od Taidong, na zachodzie osłonięta stromą ścianą gęsto zalesionych gór, od wschodu obmywana przez Ocean Spokojny. Okolica jest zamieszkana głównie przez autochtonów (ludność aborygeńską) i słynie ze swego bogatego zaplecza kulturowego, jak choćby regularne koncerty i jarmarki regionalnej sztuki w starej cukrowni. Rejon ten upodobali sobie artyści, muzycy oraz ludzie którzy mniej lub bardziej zrezygnowali z życia w metropoliach na rzecz uprawiania roli (bądź innych czynności zapewniających przetrwanie) na prowincji. Wśród nich znalazło się niemało obcokrajowców – m.in włoski piekarz (słynny w tych okolicach, bochenki średnio chodzą po 30 zł), irlandczyk prowadzący pub, czy też amerykański permakulturysta… tajwańską żonę którego poznałem na hipisowskich warsztatach.
Spędziłem u nich kilka dni, pomagając “w domu i w zagrodzie”. W zagrodzie nie byle jakiej, bo jak przystało na zawodowo zajmujących się permakulturą, uprawiają spory kawał ziemii. Wszystko nie tylko organiczne, ale obrabiane według naturalnego porządku  (zainteresowanych odsyłam do lektury o permakulturze). Spore poletko ryżu i niezliczone gatunki warzyw, owoców oraz ziół. Oprócz tego kaczki. Na zachodnim skraju działki zaś “dom” w budowie. Konstruowany również zgodnie z wszelkimi zielono- energo- eko- szambo- (itd.) zasadami. Oprócz mnie, jako “stażysta” przebywał tam jeszcze jeden z hipisów, Frank. Jednego dnia sadziliśmy banany i inne rośliny, innego użyźnialiśmy glebę kaczym nawozem i roślinami porastającymi stawy (gatunek lilli wodnej oczyszczający wodę), to znowu przyjechał znajomy pszczelarz, pomóc sprawdzić czy da się tam rozpocząć hodowlę. Przez cały pobyt było ciepło i słonecznie.

Przedostatniego dnia urządziliśmy imprezę. Na stole znalazły się m.in pizza z pieca polowego (gliniany, własnoręcznej roboty), słodkie wypieki oraz pieczona kaczka. Do odebrania jej życia zgłosił się Frank, a dramatyczne wydarzenie poprzedziły rozważania nad życiem, głaskanie i rozmowy ze zwierzęciem, a sam moment ucięcia głowy trwał kilkanaście minut, z których większość Frank trwał w pozycji z uniesionym wysoko nożem, a dwójka asystujących skupiona i w bezruchu. Pod wieczór zjechali się w liczbie około 10 różni miejscowi znajomi. Rozmowy przeplatały się z improwizacjami muzycznymi na bębny, gitary, drumle, a nawet erhu. Nocą, po zakończonej imprezie poszliśmy we czwórkę nad ocean (200m). Na kamienistej plaży było zupełnie ciemno, orzeźwiała nocna bryza, ocean akompaniował nam symfonią dźwięków. Czułem się nieograniczony.

Choć nie objechałem wyspy dookoła, nie odczułem z tego powodu zawodu. 27 lutego przed południem, przygotowawszy arkusz z napisem “na północ”, zacząłem łapać stopa, żeby zdążyć do Taipei. Droga na wschodnim wybrzeżu jest wąska i względnie mało uczęszczana. Dlatego też wciąż trafiałem na miejscowych pokonując niewielkie odległości. W czasie obiadowym aborygeńska rodzina zaprosiła mnie na domowe jedzonko. Po południu dostałem się do Hualian, przeszedłem centrum i na wyjeździe kontynuowałem rutynowe czynności. Zatrzymał się pan w średnim wieku i zaczął porządkować przednie siedzenie, żebym miał gdzie usiąść. Miałem szczęście, bo wracał do stolicy. Pan Qiu jest biznesmenem, a jak się okazało w drodze, planuje otworzyć na Tajwanie sieć hosteli – wypytywał więc o mnóstwo rzeczy na ten temat. Pierwszą część podróży przegadaliśmy, później, zmęczony drzemałem. Ponieważ tego dnia znajomi nie mieli możliwości mnie przyjąć, planowałem znaleźć jakąś tanią miejscówkę na noc. Człowiek ten zaproponował jednak inne rozwiązanie. Często protestuję, mówiąc że nie chcę sprawiać kłopotu i że dam sobie radę, ale tym razem odpuściłem. Po zachodzie znaleźliśmy się u celu. Zgodnie z pomysłem pana Qiu po zdeponowaniu ważnych rzeczy w biurze i odwiedzeniu znajomego z pralni, zjedliśmy kolację w małym lokalu. Następnie udaliśmy się do łaźni (w japońskim stylu). Jak wyjaśnił dobrodziej, po tak dalekim wyjeździe, zmęczony, zawsze przychodzi w to miejsce żeby się zrelaksować. Ponadto, co dla mnie istotne, łaźnia ma część sypialną, w której klienci mogą pozostać do przedpołudnia dnia kolejnego. Kompleks ma masaże, wody gorące, ciepłe letnie, zimne i lodowate, jaccuzzi z kąpielą mleczną, saunę tradycyjną i saunę przepełnioną wywarami z ziół chińskiej medycyny. Wypróbowałem wszystkiego. Rzeczywiście odprężające, powiedziałbym nawet odurzające. Skończyliśmy po 22, a po 23 położyłem się spać.

Zamówiłem pobudkę wcześniej i powtórzyłem proces kąpielowy. Koło 9 przyjechał po mnie pan Qiu, postawił śniadanie i odwiózł na lotnisko, gdzie się ostatecznie pożegnaliśmy. Nie było jednak miejsca dla mnie więc kupiłem bilet na następny dzień. Tego dnia Jonah (amerykanin którego poznałem na warsztatach), wybierał się z córką na plażę, zaproponował żebym dołączył. Przybyło także kilku jego znjajomych. Wieczorem zjedliśmy razem kolację na mieście i wróciliśmy do domu Jonah (również na wzgórzach Yangming, z niezłym widokiem na Tajpej). Wraz z tajwańską żoną nauczają angielskiego, a po godzinach są hipisami. Kiedy żeńska część położyła się spać wyszliśmy jeszcze z psami na spacer, rozmawiając przy położonej u końca drogi kaplicy.

Rano odwieźliśmy młodą do szkoły, a ja wysiadłem przy metrze i godzinę później znalazłem się na lotnisku. Xiao san tong to druga z najtańszych i najszybsza metoda dostania się na Tajwan z kontynentu. Polega na przelocie na tajwańską wyspę Kinmen (która poza poza atrakcjami turystycznymi i zakładem produkcji znanej i lubianej przez chińskich towarzyszy ryżówki jest jedną wielką bazą wojskową), a następnie przeprawieniu się promem na Ląd, do położonego już blisko Xiamen lub Fuzhou. W drugą stronę działa to identycznie.
Było popołudnie, nie zaplanowałem kolejnych kanap, nie miałem też chęci pokonywania tej samej drogi stopem. Wsiadłem więc w samolot do Hangzhou. Semestr już się właściwie rozpoczął, zderzenie z rzeczywistością odbyło więc przy maksymalnej prędkości. Przetarłem pokryty grubą warstwą kurzu rower i spojrzałem w kierunku jeziora, którego nie przesłoniła jeszcze warstwa świeżych liści. Podróż dobiegła swego końca.

Chciałem się podzielić całością, ale nie sposób i (poza tym, że musiałbym napisać książkę) jest to bezcelowe, bo podróż można naprawdę odbyć tylko udając się w nią.

Copyright © 2017 Kultura Chin. All Rights Reserved.
Theme 'Dyne' by Lorelei Web Design modified for Chinese-Culture.pl.