Opowiadania z Chin, Epizod 1

Oto początek opowieści o przygodzie. Przygodzie nie byle jakiej, bo
mojej – Wiesława o wielu imionach i przydomkach. Jestem bowiem tym,
który zmienia obcych w przyjaciół, zatrzymuje samochody jednym palcem
i ujeżdża kanapy; jestem mieszkającym pod wulkanem i tworzącym dzieła
z odpadów; jestem grającym na bambusach i przyjacielem aborygenów;
jestem tym który sadzi bananowce i śpiewa z oceanem; kąpie się w
gorącym mleku i oddycha chińskimi ziołami.
Do czasu wszystko powinno się wyjaśnić. Nie dajmy czekać Przygodzie…

Planowo, 23 września, udałem się na północny wschód miasta Hangzhou,
aby – u wylotu na drogę szybkiego ruchu zacząć łapać tak zwaną
“okazję”, nie byle dokąd, a w kierunku pierwszej “kanapy”. Po
ubiegłorocznej przygodzie na wyspie Hainan oczekiwałem czasu w którym
będę mógł zastosować tę metodę na większą skalę. Początki zawsze są
ekscytujące, szczególnie przed tak długą i niezaplanowaną podróżą.
Dumnie wyciągnąłem więc arkusz papieru z nazwą pierwszego celu –
Taizhou.
Niespodziewanie zza zakrętu wyłoniła się dziewczyna. Miała na sobie
plecak – pierwszy kompan – pomyślałem. Bianzi, choć wydawałoby się
ograniczona protezą nogi, aktywnie spędza swój ziemski czas, zawodowo
uprawia kolarstwo, dużo podróżuje (szczególnie autostopem), a co
najważniejsze jest otwartym i radosnym człowiekiem. Rozstaliśmy się w
połowie drogi, a łapiąc kolejnego stopa zdążyłem jeszcze skroić jej
portret – bądź co bądź to artystyczna wyprawa…
W kolejnym samochodzie poznałem “szkolnego kolegę” – tak tu się
określa kogoś kto studiował na tej samej uczelni (w tym przypadku mój
poprzedni Zhejiang University) – który wraz z małżonką udawał się na
ślub znajomych do Wenzhou. Wypadek w tunelu zatrzymał nas trochę, i
choć spóźnienie na ceremonię było oczywiste, znajomi nie żałowali
czasu by wysadzić mnie komfortowo na przystanku autobusowym na
obrzeżach Taizhou. W okolicach centrum przywitała mnie niewielka
Jinzhen – bystra, uwielbiająca podróże i zakupy nauczycielka
angielskiego, u której miałem zostać przez następne 2 noce. Zjedliśmy
coś w miejscowej knajpce Lao Taizhou, a później pospacerowaliśmy po
okolicy. Byłęm gościem, więc poddałem się presji korzystania z
angielskiego, ale później często schodziliśmy na chiński. Po powrocie
do małego (ale urządzonego wyjątkowo przytulnie) mieszkanka
rozmawialiśmy jeszcze długo, zanim zmorzył nas sen.

Następnego dnia zjedliśmy bardzo typowe chińskie śniadanie – kawa i
tosty z masłem orzechowym i dżemem. Koło południa Jinzhen udała się do
pracy, a ja na obchód miasta. Zacząłem od wybrzeża, ale że samotne
obchody są nudne, szybko “natknąłem się” na 4 miejscowe dziewczyny, z
którymi spędziłem większość popołudnia. Dowiedziałem się nieco o
mieście i zostałem odprowadzony do lokalu z bardzo tradycyjnym
przysmakiem. Makaron z owocami morza i imbirem – bo tym się okazał –
był całkiem niezły. Obok posilało się dwóch przystonjych modeli w
wieku około lat 6, więc ponieważ miałem ze sobą szkicownik, nie
pogardziłem okazją. Obsługa i pozostali klienci mieli chyba więcej
radości niż ja. Na koniec przysiadła się do mnie para maturzystów,
skutkiem czego odkryłem między innymi jak wygląda życie na kilka
miesięcy przed egzaminami. Wskazali mi coś co można by nazwać starym
miastem, gdzie po posiłku chwilę się pokręciłem. Zrobiłem kilka zdjęć
i skierowałem sie na południe. Kilka kilometrów drogi powrotnej
pokonałem pieszo – zapuszczając się w ciemne i wąskie uliczki,
wspinając się na szczyt z dziwaczną rzeźbą wielkiej kuli ze
szpikulcami, oglądając z bliska chiński myśliwiec F107 i czyniąc wiele
pomniejszych obserwacji. Po powrocie otrzymałem informację, aby
pospiesznie udać się pod szkołę językową Jinzhen, gdzie jestem
oczekiwany z zamiarem wspólnej kulinarnej eskapady. Dwie uczennice
(grubo po 30-tce) zabrały nas na jajeczne puree (lekko ścięte białko z
sosem imbirowym i orzechami na gorąco). Bardzo smaczne, a przy tym
miło rozgrzewa w chłodne dni.

Wczesnym przedpołudniem, po (tym razem naprawdę) lokalnym śniadaniu,
wspięliśmy się na wzgórze Białych Chmur (chyba co drugie miasto w
Chinach ma takowe), aby podziwiać rozległe panoramy przy pięknej
bezchmurnej pogodzie. Później zabrałem swój plecak i po ostatnim
lokalnym posiłku pożegnałem godpodynię z Taizhou. Dotarłszy po różnych
perypetiach do wjazdu na autostradę rozpocząłem swoją rutynę. Dwóch
dżentelmenów udających się w interesach do Wenzhou zabrało mnie ze
sobą. Po zjeździe do strefy opłat, okazało się że przepadła karta
która zlicza dystans. Gdy więc panowie na miejscu kontynuowali
poszukiwania, ja ruszyłem w stronę miasta. Trafiwszy do centrum,
szybko odnalazłem mieszkanie nowych gospodarzy, zostawiłem rzeczy w
swoim (!) pokoju i rozpocząłem misję zapoznawczą…
Przy kolacji (specjały własnej roboty) i piciu herbaty minęło kilka
godzin – wystarczająco długo żeby zawiązać . Gospodarze to małżeństwo
z córką w drugiej klasie gimnazjum. Pochodzą z zachodnich Chin, w
Wenzhou już kilkanaście lat. Nie przepadają za tym stylem życia, ale
trochę z braku innego wyjścia, trochę z przyzwyczajenia, trochę dla
zapewnienia córce lepszej przyszłości – pozostają. Tęsknotę za
spokojem i dziczą zachodu wypełniają wakacyjnymi eskapadami i
wycieczkami (Gansu, Tybet, Xinjiang…). Zasnąłem prawie jak miś
Teddy. www.youtube.com/watch?v=7jP_q-JhUvI

W sobotni poranek zjedliśmy śniadanie na mieście, następnie zrobiliśmy
niewielki objazd po mieście. Szczerze to nic tam do zwiedzania nie ma,
ale ważne, że czas spędziliśmy razem. Po powrocie zjedliśmy kolejny
domowy posiłek. Później wyszedłem na miasto, żeby się poszwędać i
poczuć tutejszą atmosferę. Ruch, jak w każdym mieście w sobotnie
popołudnie. Poza tym wrażenie większej znieczulicy i niewrażliwości
niż w innych miejscach Chin. Sztuczność, powierzchowność, dystans.
Znalazłem kościół, ale w niedziele rano nie było żadnych mszy. Po
kolacji zaczęliśmy z gospodarzem ćwiczyć kaligrafię, później zostawił
mnie samego, by w pracowni wyryć dla mnie pieczęć, którą zaraz mi
sprezentował. Na koniec dnia obejrzałem zdjęcia i wysłuchałem
opowieści z wyprawy do Tybetu, które poruszyły moje
artystyczno-podróżnicze serce. Śniłem chyba o zachodnich rubieżach
Państwa Środka.

W ostatni dzień dokończyłem obrazek dla podopiecznej gimnazjalistki i
się spakowałem. Zjedliśmy wspaniały obiad (był nawet placek
czekoladowy), pożegnałem dobrych gospodarzy i ruszyłem na miasto. Tu
spotkałem się ze znajomą, która zbiegiem okoliczności miała tego dnia
urodziny. W trakcie pogaduchy zmajstrowałem kolejny portret, który
posłużył za prezent. Późno, bo dopiero koło 15 dostałem się do wyjazdu
na autostradę, gdzie po około 30 minutach zabrała mnie trójka
biznesmanów robiących odzież dla Septwolves (taka chińśka firma).
Jechali do Xiamen więc wysadzili mnie w połowie drogi, w punkcie
usługowym. Było już ciemno, a samochodów niewiele, więc rozglądałem
się tylko za rejestracjami z Fuzhou i kierowców owych pojazdów
zagadywałem. Sytuacja wyglądała nieciekawie. Na szczęście pomagała mi
obsługa stacji benzynowej, która przekonała miejscowego kierowcę żeby
mnie podrzucił.
Na obrzeżach Fuzhou wsiadłem w autobus. Wystarczyło zadać pytanie,
żeby po chwili pół autobusu wskazywało możliwości przesiadek,
najkrótszą drogę lub ofertę pomocy. Wreszcie wysiadłem z jakąś
dziewczyną, której mieszkanie było po drodze. Odczułem wtedy nie tylko
zmianę klimatu ale również nastawienia i charakteru ludzi. W umówionym
miejscu odebrał mnie ubrany zabawnie Travis. Długowłosy biały
mężczyzna w kamizelce, krawacie i kapeluszu kowbojskim to niecodzienny
widok w Chinach. Poszliśmy pierw na piwo (mieli ciemne!), a ku mojemu
zaskoczeniu na stole była shisha. Bardzo się rozgadaliśmy, poznałem
też kilku nowych znajomych (chińczyka o imieniu Neo, nowojorskiego
Żyda Jakuba i jego narzeczoną – absolwentkę mojej ASP). Doprawdy
przednie towarzystwo i miły czas, ale odczuliśmy w końcu zmęczenie.
Ruszyliśmy do domu wciąż konwersując. Travis, spędził w Polsce 5 lat
ucząc angielskiego i oblewając filozofię na UW. Obecnie mieszka w
Fuzhou z dziewczyną (Polka) i razem pracują w jednej szkole. Po
szybkim zadomowieniu się ułożyłem się na kanapie i spałem do późnego
przedpołudnia.

Po przebudzeniu poznałem wychodzącą właśnie do pracy Zuzannę. Zanim
Travis poszedł na siłownię zjedliśmy razem zupę z kulkami mięsnymi (z
rekina). Całe popołudnie miałem przed sobą, tradycyjnie więc ruszyłem
na długi spacer. W parku nad Jeziorem Zachodnim zagadała do mnie pani
świadek Jehowy. Na początku niby z ciekawości, ale później weszła w
Temat i długo, nieskutecznie starała się przekonać mnie do nie wiem
czego (ona też chyba nie wiedziała), bo we wszystkim byliśmy w miarę
zgodni. W końcu się poddała i zeszliśmy z powrotem na ziemię, po czym
odeszła. Wieczór spędziłem w domu Lulu i Jakuba, którzy zaprosili mnie
poprzedniego dnia. Przyszli jej rodzice, którzy przyrządzili wspaniałą
kolację. Był też kolega zajmujący się animacją, który spędził we
Francji 5 lat – Muzhou. Jakub miał wieczorem pracę więc wyszedł
wcześniej. My natomiast dyskutowaliśmy delektując się potrawami. Długo
później pożegnalismy rodziców i poszliśmy we trójkę na spacer po
starym mieście. Krążyliśmy wąskimi, klimatycznymi uliczkami i miło się
nam rozmawiało. W końcu Muzhou się pożegnał, a my wróciliśmy do domu
po Jakuba i razem udaliśmy się do baru, gdzie (głównie) grono expatów
świętowało urodziny jakiegoś amerykańskiego druha. Po powrocie od razu
walnąłem się na kanapę i zasnąłem.

Po śniadaniu obczaiłem skąd najłatwiej wydostać się na drogę szybkiego
ruchu. Fuzhou jest pod tym względem nieprzyjazne autostopowiczom.
Wybrałem miejsce, pożegnałem nowych znajomych i ruszyłem w drogę. Po
kilkunastu minutach zatrzymała się jakaś kobieta i zaoferowała
podwózkę. Miała chyba wolne, bo zawiozła mnie specjalne na wjazd na
autostradę. Bardzo ładnie podziękowałem i życzyłem dobrego nowego
roku. Choć stałem na wlocie w kierunku tylko i wyłącznie południowym,
czekałem długo na transport do Xiamen. Zabrał mnie wreszcie pan Chen,
kierowca małej ciężarówki holowniczej. Wiózł z fabryki nowe Hyundai.
Miał farbowane na fiolet, cieniowane włosy i słuchał strasznie głośno
chińskiego disco. To chyba by nie zasnąć za kierownicą. Był miły i
kupił mi po drodze coś do jedzenia.
W Xiamen dotarłem pierw na wybrzeże skąd regularnie kursującym promem
dostałem się na uroczą wysepkę Gulangyu. Wykonałem po drodze kilka
nocnych panoram. Następnie odnalazłem kolejny “przyjazny dom” i
zacząłem się integrować. Gospodarzami byli Marco i Janet – nietypowa
chińska para. Prowadzący nieskomplikowane, trochę hipisowskie życie,
ceniący spotkanie z drugim człowiekiem, nie w pogoni za pieniędzmi ani
karierą. Prowadzą hostel, ale można ich też odnaleźć na couchsurfingu.
W takich miejscach zawsze spotyka się niezwykłych surferów. Tak było
też tym razem. W momencie kiedy się pojawiłem, kanapowało jeszcze
kilka osób: Mike, mój pierwszy “zielony” znajomy. Przybył na rowerze z
Korei (gdzie nauczał angielskiego) i objechał Taiwan, a wszędzie gdzie
było to po drodze możliwe pracował na farmach organicznych (tzw.
WWOOFing) i głosił napotkanym zdrową nowinę. Właśnie odpoczywał w
Xiamen przed drogą na południe Azji (aby ewentualnie dojechać do
Europy). Lucio – muzyk z Brazylii, ktróy wieczorami dorabiał grając w
miejscowym klubie. Człowek bardzo światowy i niezwykle obeznany z
ludźmi. Były jeszcze Felicia i Virgo, dziewczyny z Kantonu o
nieprzeciętnych charakterach oraz dwie włoszki, które traktowały
couchsurfing jako darmowe noclegi (wychodziły rano i wracały wieczorem
mówiąc czasem “cześć”) i po 2 dniach zostały poinformowane, żeby
poszukać sobie innego miejsca.
Pierwszego wieczoru pomogłem Mike’owi zaprojektować i wykonać górną
część flagi jego wyprawy. Było to przyjemne zadanie bo w trakcie
dzieliliśmy się swoimi historiami. Kiedy kończyłem około 11 z klubu
wrócił obładowany instrumentami Lucio. Zapoczątkowało to kolejną falę
niekończących się rozmów i nowych opowieści.

Przed południem Mike był spakowany i musiał ruszać w dalszą drogę.
Zrobiliśmy wszyscy niezwykle radosną sesję zdjęciową na tarasie/dachu.
Później poszliśmy we dwójkę na prom, bo ja musiałem się zorientować
jak wygląda sytuacja rejsu na Tajwan. Po przeprawie pożegnaliśmy się i
każdy ruszył w swoją stronę. Wrzuciłem coś mało wyszukanego “na ruszt”
i skierowałem się na przystanek autobusowy, skąd w kierunku przystani
rejsów miedzynarodowych. Po drodze odbyłem miłą rozmowę z kierowcą
autobusu. Na miejscu okazało się, że bilety dostępne są od ręki i w
ogóle jest mało ludzi. Kupiłem więc jeden w jedną stronę na następny
dzień (prom kursuje dwa razy w tygodniu do dwóch różnych portów na
Tajwanie). Panie były chyba podekscytowane tym, że pojawił się klient.
Chciały mi wciasnąć kartę SIM poza granice ChRL, ale z powodu okresu
ważności 2 tygodnie, nie kupiłem. Miło jeszcze pogadałem i dostałem ją
za darmo…
Wróciłem na wyspę by kontynuować integrowanie. Będąc w takim
towarzystwie miejsca stają się nie warte zwiedzania (chyba, że robi
sie to w owym towarzystwie). Trafiłem prawie na obiad, Lucio
przygotował Brazylijskie ‘ensopado’, była też buteleczka 25-letniej
nalewki imbirowej, którą Mike przywiózł z Taiwanu. Do wieczora trwały
rozmowy, grały instrumenty i brzmiały piosenki. Lucio namówił mnie na
wspólny występ. Po wspólnej kolacji na mieście poszliśmy do klubu.
Poznałem szefową i kilkoro miejscowych. Później rozpoczął się nasz
improwizowany występ – bęben z drumlą. Jak to ujął poetycko Lucio –
tamtej nocy poruszyliśmy serca wielu ludzi. Po występie zostaliśmy na
miejscu jeszcze ładną chwilę. Dołączyła się kelnerka, która koniecznie
chciała się dowiedzieć jak działa couchsurfing, bo to dobry sposób na
znalezienie chłopaka… Przenieśliśmy się później do mieszkania, a w
końcu poszliśmy spać.

Nadszedł ostatni dzień na kontynencie. Przed południem poszliśmy z
Felicią na spacer po wyspie. Znalazłem kilka płaskich kamieni i na
plaży porzucałem kaczki. Później spakowałem plecak i pożegnałem się z
dobrymi ziomkami. Przepłynąłem ostatni raz promem i wsiadłem w
autobus. Ku obustronnemu zaskoczeniu trafiłem na tego samego kierowcę
co dzień wcześniej. Radośnie sobie znów porozmawialiśmy, życzyliśmy
wszystkiego dobrego w nowym roku i w ogóle cmok cmok. Na miejscu
trafiłem na jeszcze 3 młodych turystów-obcokrajowców. Dwóch uczy się
również w Hangzhou, trzeci – Kyle przyleciał z Kanady. Ma fajną pracę
– 4 miesiące latem, później 8 wolnego. W tym roku robił Rosję, Chiny i
Tajwan. Jak się już zapoznaliśmy akurat zaczęli kontrolę
biletowo-paszportową.
Witani uprzejmie przez załogę postawiłem stopy na pokładzie promu
Cosco. Zostawiłem w swojej kajucie rzeczy i wyruszyłem na oględziny.
Począwszy od personelu po pasażerów, poznałem szybko sporo ludzi.
Byłem zaskoczony odmiennością obywateli Republiki Chińskiej, zwykle do
odróżnienia wystarczyło spojrzenie. Słyszałem wiele o otwartości i
przyjaznym charakterze Tajwańczyków, ale nie spodziewałem się takiej
różnicy. Na pokładzie było tylko kilkadziesiąt osób (na prawie 700
możliwych). Silniki się zagrzały, pogwizdało i ruszyliśmy. Słońce
zaczęło zachodzić, więc aparat poszedł w ruch. Gdy już zaszło,
zszedłem na niższy poziom zorientować się jak funkcjonuje sauna i sale
karaoke. Grupa tajwańskich studentów po kolacji urządziła karaoke w
jadalni, zwykle byłoby to niemożliwe, ale przy takiej frekwencji
pasażerów… Tańczył nawet kapitan. Atmosfera radości jest zaraźliwa,
więc (tajniacko) dołączyłem do zabawy. Natychmiast zostałem zaproszony
na scenę więc coś zaśpiewałem (znany chińśki utwór o przyjaźni).
Wszyscy świetnie się bawili, ale było już grubo po wieczorynce, więc
wkrótce towarzystwo grzecznie się rozeszło.
Po imprezie rozmawiałem długo z niedawno poznaną Tajwanką, która
wracała do domu po długim pobycie w Pekinie. Nie połączyło nas żadne
nadzwyczajne wydarzenie, okazało się że nie mamy wielu wspólnych
zainteresowań, jesteśmy w różnym wieku, mimo to nie mogliśmy się
rozstać, przerwać prostego dialogu, czy nawet ciszy. [nie]* Zdaje się
jak gdyby spotkały się dwie osoby, które doświadczyły na nowo czegoś
zapomnianego i utęsknionego, [nie]** jakby próbowały nacieszyć się
zwykłą radością bycia z kimś, widząc w nim po prostu drugiego
człowieka (myśl jest mocno przejaskrawiona – Chiny nie są aż tak
nieludzkie, a długotrwałe przebywanie tu nie odczłowiecza tak mocno –
aczkolwiek jest w niej sporo prawdy). Zmęczenie i chłód wzięły w końcu
górę, powiedzieliśmy sobie dobranoc. Tamten wieczór poza byciem
preludium właściwej podróży, niemal doskonale odzwierciedla dla mnie
cały Tajwan.
Sen był krótki, bo musieliśmy obejrzeć wschód słońca !

Kontynent pożegnał mnie pięknym zachodem, Tajwan powitał jeszcze
piękniejszym wschodem. Co czekało mnie na obcej Formozie? Tego nie
wiedzieli nawet aborygeni z 14 trybów… Wiem tylko ja i mój
dzienniczek, więc czekajcie aż napiszę epizod drugi.

_
*   to odpowiedź na nasuwające sie niektórym czytelnikom pytanie czy
to początek wątku miłosnego.
**  naprawdę

Copyright © 2017 Kultura Chin. All Rights Reserved.
Theme 'Dyne' by Lorelei Web Design modified for Chinese-Culture.pl.